Magiczna Ostatnia Ziemia
Chorzowianin 2008-10-21
Ultima Thule 2008. Wody ich sprawdziły. Nie było łatwo. Mityczny kraniec świata jednak zdobyli. Wyprawa chorzowskich harcerzy na Islandię zakończyła się sukcesem.

Zostaliśmy sprawdzeni. Ocean dał nam w kość. Na koncie mam 16 rejsów morskich, ale z każdym następnym człowiek nabiera coraz większej pokory. Z żywiołem nie ma żartów. Są sytuacje, o których kapitan nie mówi załodze, sytuacje, na które człowiek nie ma wpływu. Bezpieczeństwo ludzi zawsze jest jednak najważniejsze. Tomasz Szromek, organizator wyprawy, etap II.
Podzielili się na trzy kilkutygodniowe etapy, trzy cele. Pierwsza grupa wypływa z początkiem sierpnia. Jacht Bonbon ze Szczecina zmierza w kierunku norweskiego Bergen. Po drodze załoga zahaczy m.in. o Kopenhagę i Goeteborg. Morze Bałtyckie ich nie rozpieszcza. Trafiają na sztorm. Wieje 8 w skali Beauforta. – Zaczął się kiedy spałem. Wcześniej oddałem hołd Neptunowi i zostałem prezesem. To było moje pierwsze morze. Były duże fale, ale świeciło słoneczko, mnie się podobało – uśmiecha Mariusz „Gusin” Głusiński. Oddać hołd Neptunowi, to nic złego. Czasem mocno buja, żołądek nie wytrzymuje. Ten, kto złamie się pierwszy zostaje prezesem. Mimo pogodowych trudności większość portów zaliczana jest planowo. - Po szturmowaniu dopłynęliśmy do portu. Pytam kapitana, co to za port? Dostaję odpowiedź. Wasz ukochany, bo pierwszy i możecie odpocząć – mówi „Gusin”.
I etap szczęśliwie dopływa do Bergen.
Islandia jest magiczna, różnorodna. Góry, lodowce, wielka przestrzeń, gorące źródła, a za chwilę pustynia. To kraj kontrastów i niespodzianek. Tomasz Pacocha, Anna Bartkowiak, Etap II.
Zanim wyruszą usuwają awarię steru. To prowizoryczna naprawa i z czasem da o sobie znać. Rumpel awaryjny nie ułatwia sterowania, a do tego sztorm. Pojawiają się pierwsze obawy o czas. Na Islandii czekają zapłacone, wypożyczone samochody. Każdy dzień zwłoki ogranicza zwiedzanie, do tego dochodzą koszty za niewykorzystane pojazdy. Wiatry okazują się jednak korzystne. Niektórzy mocno je odczuwają. Oddają Neptunowi, co jego. Czas jest dobry. 200 mil morskich w półtorej doby. Załoga zalicza Szetlandy i Wyspy Owcze. Potem trzy doby na wodzie. 28 sierpnia widać brzegi Islandii. Pojawiają się rysy fiordów, pierwsze wodospady. Wszyscy wyciągają aparaty. Nie mogą się nacieszyć. – Jak po takim czasie człowiek widzi ląd, to zastanawia się, czy to nie fatamorgana – śmieję się Tomasz Szromek. – Zobaczyłem Islandię to poczułem, że osiągnąłem, dzięki pomocy ludzi, którzy byli ze mną, wymarzony cel. Pracowaliśmy na to przez rok. Z perspektywy czasu oceniam, że było to bardzo duże przedsięwzięcie, ale się udało. Neptun chciał, byśmy dopłynęli – dodaje.
Na wyspę dotarli przed planowanym terminem. Jednak i tu dopadł ich silny wiatr. Pojawił się problem z cumowaniem jachtu. Zostawienie go samego było niebezpieczne. Ktoś musiałby go pilnować, a tym samym zrezygnować z podziwiania uroków wyspy. Pomogli miejscowi. – To bardzo miłe społeczeństwo – przyznaje Tomasz Pacocha. Jacht zacumował w maleńkim, osłoniętym od fal, porcie. Załoga mogła porządnie zjeść, odpocząć i zacząć zwiedzanie.
- Cztery doby zwiedzania. Kierowcy mieli wielką radochę mknąc po tamtejszych szutrowych drogach. Wiedzieliśmy naprawdę wiele. Wrażenie robią rewelacyjne wodospady – mówi A. Bartkowiak.
Cały tekst w tygodniku Chorzowianin. W środę w kioskach.
Podzielili się na trzy kilkutygodniowe etapy, trzy cele. Pierwsza grupa wypływa z początkiem sierpnia. Jacht Bonbon ze Szczecina zmierza w kierunku norweskiego Bergen. Po drodze załoga zahaczy m.in. o Kopenhagę i Goeteborg. Morze Bałtyckie ich nie rozpieszcza. Trafiają na sztorm. Wieje 8 w skali Beauforta. – Zaczął się kiedy spałem. Wcześniej oddałem hołd Neptunowi i zostałem prezesem. To było moje pierwsze morze. Były duże fale, ale świeciło słoneczko, mnie się podobało – uśmiecha Mariusz „Gusin” Głusiński. Oddać hołd Neptunowi, to nic złego. Czasem mocno buja, żołądek nie wytrzymuje. Ten, kto złamie się pierwszy zostaje prezesem. Mimo pogodowych trudności większość portów zaliczana jest planowo. - Po szturmowaniu dopłynęliśmy do portu. Pytam kapitana, co to za port? Dostaję odpowiedź. Wasz ukochany, bo pierwszy i możecie odpocząć – mówi „Gusin”.
I etap szczęśliwie dopływa do Bergen.
Islandia jest magiczna, różnorodna. Góry, lodowce, wielka przestrzeń, gorące źródła, a za chwilę pustynia. To kraj kontrastów i niespodzianek. Tomasz Pacocha, Anna Bartkowiak, Etap II.
Zanim wyruszą usuwają awarię steru. To prowizoryczna naprawa i z czasem da o sobie znać. Rumpel awaryjny nie ułatwia sterowania, a do tego sztorm. Pojawiają się pierwsze obawy o czas. Na Islandii czekają zapłacone, wypożyczone samochody. Każdy dzień zwłoki ogranicza zwiedzanie, do tego dochodzą koszty za niewykorzystane pojazdy. Wiatry okazują się jednak korzystne. Niektórzy mocno je odczuwają. Oddają Neptunowi, co jego. Czas jest dobry. 200 mil morskich w półtorej doby. Załoga zalicza Szetlandy i Wyspy Owcze. Potem trzy doby na wodzie. 28 sierpnia widać brzegi Islandii. Pojawiają się rysy fiordów, pierwsze wodospady. Wszyscy wyciągają aparaty. Nie mogą się nacieszyć. – Jak po takim czasie człowiek widzi ląd, to zastanawia się, czy to nie fatamorgana – śmieję się Tomasz Szromek. – Zobaczyłem Islandię to poczułem, że osiągnąłem, dzięki pomocy ludzi, którzy byli ze mną, wymarzony cel. Pracowaliśmy na to przez rok. Z perspektywy czasu oceniam, że było to bardzo duże przedsięwzięcie, ale się udało. Neptun chciał, byśmy dopłynęli – dodaje.
Na wyspę dotarli przed planowanym terminem. Jednak i tu dopadł ich silny wiatr. Pojawił się problem z cumowaniem jachtu. Zostawienie go samego było niebezpieczne. Ktoś musiałby go pilnować, a tym samym zrezygnować z podziwiania uroków wyspy. Pomogli miejscowi. – To bardzo miłe społeczeństwo – przyznaje Tomasz Pacocha. Jacht zacumował w maleńkim, osłoniętym od fal, porcie. Załoga mogła porządnie zjeść, odpocząć i zacząć zwiedzanie.
- Cztery doby zwiedzania. Kierowcy mieli wielką radochę mknąc po tamtejszych szutrowych drogach. Wiedzieliśmy naprawdę wiele. Wrażenie robią rewelacyjne wodospady – mówi A. Bartkowiak.
Cały tekst w tygodniku Chorzowianin. W środę w kioskach.
Wojciech Zawadzki
Reklama: